„szczykafka” (prawdziwa historia)

Zdarzenie to miało miejsce w tzw. okresie zachorowań, kiedy to do jednego z wychowanków przychodziła pani pielegniarka robić zastrzyki. Tego dnia wchodząc do pracy jak zwykle wylewnie zostałem przywitany przez sześcioletnią Kasie, która odprowadzając mnie do mojego pokoju pochwaliła sie niespodziewanie:

Wujek a ja mam szczykafke

Tak? A skąd ją masz? – zapytałem a w głowie już szalały czarne myśli, że bawiła się używaną strzykawką, nie wspominając już o tym, że do strzykawki dołączona mogła być igła.

Nie wiem -odrzekła mi Kasia i wzruszeniem ramion potwierdziła autentyczność stwierdzenia.

A gdzie ją masz?

No mam – niepewnie i zagadkowo wyjaśniła kwitując ponownym wzruszeniem ramion.

A pokażesz mi ją? – drążyłem dalej lecz Kasia stała strapiona nic nie odpowiadając. Stwierdziłem, iż najwidoczniej nie chce mi jej pokazać bo domyśla się, że nie powinna jej mieć i ją jej zabiorę. Wówczas przedłużającą się ciszę przerwała Kasia głośnym czknięciem i dodała – O widzisz, mam!

:)

 

Poniżej kilka fotek-psotek z sesji specjalnie do tej stronki ;)

Prawdziwa historia: Ninja i znikające jedzenie

Pewnego dnia po prostu  znikąd pojawił się u nas niespodziewany gość. Był mały, cały czarny, szybki jak cień i nieprzewidywalny jak małe dziecko w supermarkecie. Obserwując jego ekwilibrystyczne sztuczki, cyrkowe wręcz popisy, skradania, skoki i inne ewolucje a także jego nieoczekiwane pojawianie się na naszym terenie można było wysnuć jeden tylko wniosek – obok nas zamieszkał NINJA! Tak własnie go nazwaliśmy. Nowy przyjaciel towarzyszył nam prawie codziennie. Mniej  więcej w tym samym czasie z lodówek zaczęły znikać różne produkty, które w równie zagadkowy sposób pojawiały się czasem na podwórku wokół naszego budynku.
Pewnego niedzielnego popołudnia podszedł do mnie sześcioletni Kamilek i zapytał czy może wyjść na chwilę na schody przed dom. Uzyskawszy zgodę pognał co sił lecz po niedługiej chwili wrócił pokręcił się w kuchni po czym znów wybiegł rzucając  „jeszcze na chwilę…”. Sytuacja ta wydała mi się trochę podejrzana: za każdym razem gdy Kamilek powtarzał serię zachowań towarzyszył temu odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. Gorączkowy pośpiech i niespodziewany apetyt Kamilka, który niespełna godzinę wcześniej zjadł obiad, wydawał się coraz bardziej zagadkowy. Poszedłem za nim sprawdzić, co się dzieje przed domem i na schodach zobaczyłem Kamila, naszego Ninję i porozrzucane wokół nich kawałki wędliny, sera i innych produktów. Jak już się pewnie domyśliliście, Ninja nie był tajemniczym, zamaskowanym wojownikiem ze wschodu a jedynie małym ruchliwym, czarnym kotkiem, odwiedzającym nasze podwórko. Kamilek mimo tak bogato zastawionych jedzeniem schodów, wyglądających jak biesiadne stoły chciał pobiec po kolejną porcje jedzenia dla czworonożnego, puchatego przyjaciela.

Kamil & Ninja Kiedy próbowałem wyjaśnić, że jest to zbędne, gdyż maluch nie da rady zjeść choćby połowy z tego co już mu przyniósł, chłopiec stanowczo odparł:

– Ale on jest bardzo głodny
– Chyba nie, bo nawet nie zjada tego, co tu leży – wyjaśniłem
– Nie! On jest jeszcze głodny
Gdy spytałem Kamilka skąd wie, że kotek jest jeszcze głodny odparł:
– Bo mu cały czas głośno burczy w brzuchu.
– Yyy… Kamilku, on mruczy  :)
Tak oto, po wyjaśnieniu Kamilkowi i innym dzieciom niektórych zachowań i odgłosów typowych dla kota, a także zasad karmienia go, ocalone zostały zapasy jedzenia w naszej lodówce.